Diabetologia - sztuka zarządzania pierwszą światową niezakaźną epidemią w czasach zakaźnej pandemii

prof. Leszek Czupryniak

Od ponad roku żyjemy w czasach, których nie spodziewaliśmy, że nadejdą i ani trochę nie byliśmy na nie przygotowani. Miało już być tylko lepiej, liczyliśmy na prawdziwość teorii o „końcu historii” [copyright by Fukuyama], a postęp był nieunikniony i w zasadzie zawsze niósł ze sobą „błogosławione” owoce. Medycyna już może przestała wydłużać drastycznie nasze życie, ale na pewno dążyła do tego, byśmy umierali jak najzdrowsi. Niedołęstwo, inwalidztwo, bycie skazanym na opiekę innych - te nieszczęścia miały zastąpić zdrowe starzenie się, polityka senioralna, a w krajach, które przekroczyły granicę rozwoju naturalnego i wkroczyły w etyczną hiperprzestrzeń - także prawo do godnej (czyt. wspomaganej) śmierci. Aż tu - według najczęściej powtarzanej teorii - jeden chiński kucharz zrobił zupę nie z tego nietoperza, co powinien… I nagle okazało się, że ci z lekarzy, którzy nie wybrali lata temu specjalizacji z chorób zakaźnych, zrobili największy zawodowy błąd życiowy. Może jeszcze dobrze, jeśli ktoś został anestezjologiem albo pulmonologiem - tych kolegów pandemia unosiła na swych dementorskich skrzydłach na szczyt Olimpu medycyny ratującej życie i wciągała w wirujący świata mediów. Reszta z nas „na wyprzódki” [copyright by Onufry Zagłoba] próbowała zreorganizować swoją pracę, by skutecznie leczyć zapalenia płuc rozwijające się w tempie ostrego zawału serca (jeśli naszymi okopami były szpitalne korytarze), albo nauczyć się działać jak lekarski telefon zaufania (jeżeli ostrzeliwaliśmy się zza biurka w poradni). Bez względu na naszą specjalizację był to (jest nadal?) czas wojny. Wojny z definicji, bowiem niszczy ona dotychczas istniejące struktury społeczne, ekonomiczne i materialne, dotyczy wszystkich bez wyjątku, rodzi wielką niepewność przyszłości i powoduje ofiary w ludziach. Jeżeli zamienimy słowo „wojna” na „pandemia” – poprzednie zdanie pozostaje nadal prawdziwe.

Jak w tej wojnie radziła sobie diabetologia, czyli dziedzina zajmująca się cukrzycą, chorobą, którą w 2007 roku WHO ogłosiło pierwszą niezakaźną globalną epidemią? Jak tę wojnę przeżyły - lub nie - osoby z cukrzycą? Cóż, diabetologia poniosła poważne straty w tej walce, ale też przewrotnie, stała się pandemii beneficjentem. Jak to możliwe? Gdy pandemia wybuchła, bardzo szybko okazało się, że co trzecia osoba przechodząca COVID-19 ciężko lub umierająca z tego powodu jednocześnie choruje na cukrzycę. Początkowo uważano, że cukrzyca w pandemii to pewny wyrok śmierci. Jednak pierwsze analizy dużych grup pacjentów wykazały, że owszem, chorzy na cukrzycę często przechodzą COVID-19 ciężej od innych, częściej też umierają, ale są to przede wszystkim pacjenci z taką cukrzycą, która przed i w trakcie zakażenia koronawirusem była niewyrównana metabolicznie. Ci chorzy mieli stale „wysokie cukry”.

W miarę upływu czasu zaczęliśmy jednak dostrzegać także inne twarze pandemii. Po pierwsze, uderzył w nas gwałtowny rozwój telemedycyny, która okazała się w diabetologii całkiem pomocna. Spotykamy się z naszymi pacjentami przez lata i jeżeli zdobędziemy zaufanie osoby z cukrzycą, to nasze kontakty trwają do jej lub naszej śmierci. A jeżeli kogoś zna się od lat – i to jak lekarz pacjenta, a więc na dużym poziomie intymności – wówczas diagnozowanie i leczenie przez telefon nie musi być mniej skuteczne niż tradycyjna forma kontaktu. Konieczność stosowania rozwiązań telemedycznych stała się także silnym bodźcem do częstszego stosowania systemów ciągłego monitorowania glikemii i doskonalszych glukometrów. Dzięki nim możliwe jest przekazywanie danych o wartościach glikemii u pacjenta przez „chmury” i siódme góry [copyright by Stanisław Rossowski]. Po drugie gwałtownie przybyło nam chorych z nowo rozpoznaną cukrzycą, przede wszystkim cukrzycą typu 2. Czy to dlatego, że koronawirus jest betacytotropowy, czyli atakuje bezpośrednio komórki produkujące insulinę? Czy też dlatego, że rzesze wylądowały w domu w ramach nauki lub pracy zdalnej, gdzie dystans do lodówki jest minimalny, podobnie jak motywacja do aktywności fizycznej. I w efekcie połowie naszych obywateli – jak podaje Kancelaria Premiera - przybyło w 2020 roku średnio 5,7 kg. A to dla ryzyka rozwoju chorób takich jak cukrzyca jest katastrofą (chociaż celnik z Misia Stanisława Barei byłby zadowolony – najbardziej na wadze przybrali obywatele z wyższym wykształceniem). Czy też w końcu dlatego, że nie można było łatwo wykonać badań laboratoryjnych i rozpoznanie cukrzycy nie było stawiane odpowiednio wcześnie? Wszystkie te czynniki bez wątpienia odegrały rolę w narastającej zapadalności na cukrzycę. Ale to, choć nie wiem jak ponuro by zabrzmiało, jednak sprzyja wzmocnieniu roli diabetologii (jest coraz bardziej potrzebna) i stymuluje jej rozwój (dużo chorych to duży rynek i rosnące inwestycje przemysłu medycznego w tę gałąź medycyny).

Czy finałem tego wywodu jest radosne stwierdzenie, że na gruzach pandemii rozkwitnie diabetologia? Ano rozkwitnie, choć oczywiście nie jest to stwierdzenie w najmniejszym stopniu radosne. Rozkwitnie, bo będzie potrzeba wielu diabetologów, by pomóc cukrzycowym ofiarom COVID-19. A zatem jak to po wojnie – a chyba nadchodzi koniec tej aktualnej – musimy zakasać rękawy, chwycić taczki i wywozić gruz nadwagi, depresji, mgły pokowidowej, przewlekłych chorób płuc i wielu innych powikłań zakażenia koronawirusem na śmietnik historii medycyny. Zajmie to nam sporo czasu, ale nie z takich opałów udało nam się wychodzić cało. Zawsze „pieśń ujdzie cało” [copyright by Wajdelota by Mickiewicz], a naszego „wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”  [copyright by Piotr Wysocki by Mickiewicz]. Więc z gorliwą pieśnią na spękanych od narzekania ustach, zadbajmy o nowy kształt ochrony zdrowia – programy szczepień, nowe zasady finansowania diagnostyki laboratoryjnej i opieki pielęgniarskiej, rozwój medycyny ambulatoryjnej, w tym i ambulatoryjnej zaawansowanej diagnostyki obrazowej, rozwój stacjonarnej opieki nad osobami u schyłku życia, odmrożenie i urealnienie wycen NFZ, remonty więdnącej infrastruktury szpitalnej.

To tylko kilka kluczowych kierunków działań na najbliższe miesiące. Niech pandemia jednak zakończy się happy endem, przynajmniej dla tych, co ją przeżyli, by w niedalekiej przyszłości leczenie jak w szpitalu w Leśnej Górze było dostępne nie tylko w studiu filmowym…